Wypadłam z mieszkania przyjaciółki jak dzika. Śpieszyłam się, byłam niemal spóźniona. Matka mnie zabije, pomyślałam. Chwyciłam się poręczy schodów i zaczęłam po nich zbiegać. Ktoś mnie mijał, odruchowo spojrzałam w lewo. Świat zwolnił, jego intensywne zielone oczy wpatrywały się w moje. Blond kosmyki opadały na jego twarz, aż miałam ochotę je odgarnąć. Były ciemniejsze niż moje porównywalne do platynowego blondu, jego wyglądały na miodowy karmel. Zauroczył mnie ten chłopak, który na oko był może dwa lata starszy niż ja. Nie mogłam w nieskończoność się w niego wgapiać, odwróciłam wzrok i poleciałam dalej po schodach, jednak spojrzałam na niego ostatni raz, szedł w stronę wejścia na dach. I dopiero kiedy byłam piętro niżej zaczęłam myśleć. On szedł na dach wysokiego budynku, gdzie na dole jest trawnik, chodnik i ulica. Na tym dachu, jeszcze zanim się urodziłam młody chłopak popełnił samobójstwo. Przeklinając w duchu na moją chęć ratowania ludzkiego życia zawróciłam i puściłam się szaleńczym biegiem z powrotem na górę. Niemal jak burza wpadłam na dach. Mimo, że odległość którą przebyłam nie była jakaś wielka, to ja dyszałam. On stał na krawędzi i wyglądał jak król świata
-Nie rób tego!
Krzyknęłam i chwyciłam go za bluzę, pociągnęłam go w drugą stronę. Poślizgnęłam się ale udało mi się złapać równowagę. Upadłam na kolana koło chłopaka
-Czyś ty zwariował?!-zaczęłam, byłam zła-Wiesz, że mogłeś stracić życie?
-Ja to bym się raczej martwił o twoją wyciekającą duszę-wskazał moje plecy
-Hę?-spojrzałam za jego śladem i przeraziłam się-Co to jest do cholery?!
Krzyczałam kręcąc się w kółko i skacząc jak pies goniący swój ogon. Otóż na plecach miałam parę skrzydeł, niebieskawo białych. Kto na moim miejscu by nie ześwirował?!
-To nie wszystko-powiedział wychylając się z krawędzi bloku
Podeszłam do niego pełna obaw, nie wiedziałam co mogę zobaczyć. Ale tego to się nie spodziewałam. Na trawie leżała dziewczyna. Kucnęłam na krawędzi a ciemność ogarnęła mój umysł. Kim do cholery był ten chłopak?!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz